Leżeliśmy na trawie wtuleni w siebie i zachwyceni sobą. Ciepły wiatr rozwiewał nasze włosy i plątał je ze sobą. W powietrzu unosił się subtelny zapach kwitnącej wiśni i echo naszych śmiechów. Słońce z wolna chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo niezliczonymi odcieniami różu i czerwieni.
Po raz kolejny straciłam rachubę czasu. Nie mam pojęcia, kiedy zrobiło się tak późno. Zastanawiało mnie, dlaczego czas szybko uciekał, kiedy chciałam, żeby płynął wolniej i na odwrót. Chwile spędzone z moim ukochanym mogłyby ciągnąć się w nieskończoność, a ja i tak nie odczułabym, że mi się dłuży.
Nagle objął mnie mocniej, spoważniał i otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Zdążyłam go uprzedzić.
- Powinnam już wracać do domu. - powiedziałam bez przekonania. - Nie chcę, żeby ktoś zauważył moją nieobecność. Dobrze wiesz, że najchętniej zostałabym tu z tobą.
- Też mam już dosyć tego ciągłego krycia się. - odpowiedział. - Chciałbym móc tak po prostu być z tobą, bez tej ciągłej obawy, że ktoś nas przyłapie. A gdybyśmy uciekli gdzieś daleko, gdzie nikt nas nie zna? W końcu moglibyśmy być w pełni szczęśliwi. Powiedzmy, na południe.
Nie odpowiedziałam mu przez dłuższą chwilę. W pierwszej chwili to, co powiedział, wydało mi się kompletnie nierealne. Poczułam się zmieszana, jeszcze bardziej zagubiona i niepewna.
A moje serce zaczęło bić szybciej, szaleńczo walić w piersi, jakby chciało się z niej wyrwać. Jakby od dawna czekało, aż Myron wypowie te słowa, chociaż ja straciłam nadzieję, że kiedykolwiek je usłyszę. Odkąd go poznałam, nie marzyłam o niczym innym, by spędzić z nim resztę życia, ale oboje doskonale wiedzieliśmy, że tu, w parszywym mieście Ayes, nie może nam się udać.
Nigdy nie powinnam była nawet na niego spojrzeć, zamienić z nim choćby słowa, a co dopiero pokochać. Zbyt wiele nas różniło, ale też zbyt wiele łączyło, byśmy mogli się rozstać. Ze wszystkich sił starałam się odkochać, myślałam, że mi przejdzie, ale na próżno. Miłość to nie choroba, nie można się z niej wyleczyć. To coś znacznie gorszego. Nie ma w niej nic ze wspaniałości, którą opiewają w pieśniach. To wyjątkowe paskudztwo, które spędza nam sen z powiek. Komplikuje wiele kwestii, nie pozwalając zaznać spokoju. Miesza nam w głowach. Przynosi tyle samo szczęścia, co problemów. A mimo to nie można bez niej żyć, ani jej uniknąć.
Jedyną prawdą, jaką o niej mówią, jest to, że nie wybiera, kogo ze sobą łączy. Łączy ludzi na swoich zasadach, mając w głębokim poważaniu, czy będziemy szczęśliwi, czy też nie. Robi to, co uważa za słuszne, nie licząc się z naszym zdaniem.
Dzięki niej intensywniej doświadczałam całego piękna tego świata. Dzięki niej widziałam, słyszałam i czułam więcej niż dotąd. Pełna ufności pozwalałam Myronowi, by prowadził mnie za rękę. Kochałam go, mojego przystojnego barda, który grał na gitarze tak, że poruszyłby każdego. A wiele z tych utworów powstało dla mnie, co było najpiękniejszym prezentem, jaki kiedykolwiek otrzymałam.
Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jest utalentowany. Pochwały go frustrowały.
Jego sytuacja materialna była odwrotnie proporcjonalna do zdolności. Starczało mu tylko na jedzenie i utrzymanie mieszkania. Grał wieczorami w różnych tawernach, za marne pieniądze. Mówił mi, że to, co miał, wystarczy mu w zupełności. Nie miał wiele, ale był wolny i dlatego uważał się za szczęściarza.
I choć nasz związek dawał nam obu wiele radości, przysporzył nam sporo kłopotów. Tęskniłam równie mocno, co kochałam. Nie chcę o tym opowiadać, to zbyt trudne.
Być może jego propozycja powinna wzbudzić we mnie ogromny entuzjazm, ale wzbudziła we mnie jedynie wątpliwości. Z jednej strony chciałam z nim uciec i zacząć żyć po swojemu, ale na drodze stało nam zbyt wiele przeszkód, w tym mój własny strach.
- To nie jest takie proste, jak ci się wydaje.- powiedziałam. - Nie marzę o niczym innym, ale… Rodzina nigdy by mi nie wybaczyła, gdybym to zrobiła. Kompletnie nie mam pojęcia, co robić.
Wolałam nie opowiadać mu o sobie zbyt wiele. Im mniej wiedział, tym mniej się martwił. Już i tak znaleźliśmy się w niewesołej sytuacji.
- Przecież tu chodzi o ciebie, najdroższa, nie o nich.
- Nic nie rozumiesz! - krzyknęłam, czując jak wzbiera we mnie złość. Dylemat doprowadzał mnie do szaleństwa. - Nie rozumiesz, że popełniamy mezalians? Uciekając okryłabym rodzinę wstydem, wystawiłabym ich na pośmiewisko.
Od razu pożałowałam tych słów. Nie chciałam go obrazić, ale niestety w ten sposób to wyglądało. W jego oczach pojawił się smutek, który skruszył mi serce. Jego milczenie i spojrzenie powiedziało mi wszystko.
I nagle zdałam sobie sprawę, że Myron znaczy dla mnie więcej, niż opinie burżuazyjnych pajaców i plotkarzy. Odkąd pamiętam, zawsze chciałam wieść życie zwykłego człowieka, z dala od ciągłej presji, etykiety i ciągłego posłuszeństwa.
To właśnie on pokazał mi to prawdziwe życie. Był dla mnie czymś więcej, niż tylko pierwszą miłością. Był moim słońcem, które świeciło jasno w pochmurne dni, oślepiając swoim blaskiem. Był wiatrem, który potrafił odegnać mgłę z kłamstw. Był moją chwilą słodkiego zapomnienia, zmysłową pieszczotą i wesołą pieśnią. Był moją perłą, którą ukryłam na dnie oceanu, którą nie mogłam i nie chciałam się z nikim dzielić.
Otworzył usta, żeby znowu coś powiedzieć, ale znowu zdążyłam mu w tym przeszkodzić. Sprzeczności we mnie zaczynały wrzeć, ale ku własnemu zdziwieniu z moich ust wydobył się całkiem spokojny głos.
- Myronie, nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało. Wystarczasz mi właśnie taki, jaki jesteś. Może i będą się z nas śmiać, ale to nieistotne. Mam w głowie ogromny mętlik, ale to, czego pragnę stoi z ogromną sprzecznością z tym, co powinnam zrobić. - dodałam i wtuliłam się w niego mocniej. - Chciałabym wiedzieć, co tak naprawdę jest słuszne.
Mój system wartości stanął na głowie i znacząco odbiegał od tego, czego mnie uczono.
- A ja tym bardziej nie wiem, co mam ci doradzić. - odparł. - Ale jeśli zdecydujesz się zostać, postaram się z tym pogodzić, chociaż nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, Andreo.
Zadrżałam, kiedy wypowiedział moje imię z nutą gorzkiej namiętności. Znałam go zbyt dobrze i wiedziałam, że nie pogodziłby się z naszym rozstaniem. Nie był człowiekiem, który poddaje się bez walki.
Pomyślałam, że mogłabym go więcej nie spotkać. Nie moglibyśmy tak po prostu o sobie zapomnieć. Wspomnienia i sny doprowadziłyby mnie do obłędu.
Nie żałowałam ani chwili, którą z nim spędziłam. Mówił, że w moim życiu chodzi przede wszystkim o mnie. I być może popełniałam teraz największy błąd w moim życiu, ale wiedziałam, że było warto.
- Ja nie mogłabym się z tym pogodzić, kochany. Przyjdę do ciebie jutro, gotowa do drogi. Zawsze chciałam zobaczyć południe.
Potem pocałowałam go na pożegnanie i ruszyłam w swoją stronę. Nie mogłam doczekać się jutra.
Po raz kolejny straciłam rachubę czasu. Nie mam pojęcia, kiedy zrobiło się tak późno. Zastanawiało mnie, dlaczego czas szybko uciekał, kiedy chciałam, żeby płynął wolniej i na odwrót. Chwile spędzone z moim ukochanym mogłyby ciągnąć się w nieskończoność, a ja i tak nie odczułabym, że mi się dłuży.
Nagle objął mnie mocniej, spoważniał i otworzył usta, żeby coś powiedzieć. Zdążyłam go uprzedzić.
- Powinnam już wracać do domu. - powiedziałam bez przekonania. - Nie chcę, żeby ktoś zauważył moją nieobecność. Dobrze wiesz, że najchętniej zostałabym tu z tobą.
- Też mam już dosyć tego ciągłego krycia się. - odpowiedział. - Chciałbym móc tak po prostu być z tobą, bez tej ciągłej obawy, że ktoś nas przyłapie. A gdybyśmy uciekli gdzieś daleko, gdzie nikt nas nie zna? W końcu moglibyśmy być w pełni szczęśliwi. Powiedzmy, na południe.
Nie odpowiedziałam mu przez dłuższą chwilę. W pierwszej chwili to, co powiedział, wydało mi się kompletnie nierealne. Poczułam się zmieszana, jeszcze bardziej zagubiona i niepewna.
A moje serce zaczęło bić szybciej, szaleńczo walić w piersi, jakby chciało się z niej wyrwać. Jakby od dawna czekało, aż Myron wypowie te słowa, chociaż ja straciłam nadzieję, że kiedykolwiek je usłyszę. Odkąd go poznałam, nie marzyłam o niczym innym, by spędzić z nim resztę życia, ale oboje doskonale wiedzieliśmy, że tu, w parszywym mieście Ayes, nie może nam się udać.
Nigdy nie powinnam była nawet na niego spojrzeć, zamienić z nim choćby słowa, a co dopiero pokochać. Zbyt wiele nas różniło, ale też zbyt wiele łączyło, byśmy mogli się rozstać. Ze wszystkich sił starałam się odkochać, myślałam, że mi przejdzie, ale na próżno. Miłość to nie choroba, nie można się z niej wyleczyć. To coś znacznie gorszego. Nie ma w niej nic ze wspaniałości, którą opiewają w pieśniach. To wyjątkowe paskudztwo, które spędza nam sen z powiek. Komplikuje wiele kwestii, nie pozwalając zaznać spokoju. Miesza nam w głowach. Przynosi tyle samo szczęścia, co problemów. A mimo to nie można bez niej żyć, ani jej uniknąć.
Jedyną prawdą, jaką o niej mówią, jest to, że nie wybiera, kogo ze sobą łączy. Łączy ludzi na swoich zasadach, mając w głębokim poważaniu, czy będziemy szczęśliwi, czy też nie. Robi to, co uważa za słuszne, nie licząc się z naszym zdaniem.
Dzięki niej intensywniej doświadczałam całego piękna tego świata. Dzięki niej widziałam, słyszałam i czułam więcej niż dotąd. Pełna ufności pozwalałam Myronowi, by prowadził mnie za rękę. Kochałam go, mojego przystojnego barda, który grał na gitarze tak, że poruszyłby każdego. A wiele z tych utworów powstało dla mnie, co było najpiękniejszym prezentem, jaki kiedykolwiek otrzymałam.
Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jest utalentowany. Pochwały go frustrowały.
Jego sytuacja materialna była odwrotnie proporcjonalna do zdolności. Starczało mu tylko na jedzenie i utrzymanie mieszkania. Grał wieczorami w różnych tawernach, za marne pieniądze. Mówił mi, że to, co miał, wystarczy mu w zupełności. Nie miał wiele, ale był wolny i dlatego uważał się za szczęściarza.
I choć nasz związek dawał nam obu wiele radości, przysporzył nam sporo kłopotów. Tęskniłam równie mocno, co kochałam. Nie chcę o tym opowiadać, to zbyt trudne.
Być może jego propozycja powinna wzbudzić we mnie ogromny entuzjazm, ale wzbudziła we mnie jedynie wątpliwości. Z jednej strony chciałam z nim uciec i zacząć żyć po swojemu, ale na drodze stało nam zbyt wiele przeszkód, w tym mój własny strach.
- To nie jest takie proste, jak ci się wydaje.- powiedziałam. - Nie marzę o niczym innym, ale… Rodzina nigdy by mi nie wybaczyła, gdybym to zrobiła. Kompletnie nie mam pojęcia, co robić.
Wolałam nie opowiadać mu o sobie zbyt wiele. Im mniej wiedział, tym mniej się martwił. Już i tak znaleźliśmy się w niewesołej sytuacji.
- Przecież tu chodzi o ciebie, najdroższa, nie o nich.
- Nic nie rozumiesz! - krzyknęłam, czując jak wzbiera we mnie złość. Dylemat doprowadzał mnie do szaleństwa. - Nie rozumiesz, że popełniamy mezalians? Uciekając okryłabym rodzinę wstydem, wystawiłabym ich na pośmiewisko.
Od razu pożałowałam tych słów. Nie chciałam go obrazić, ale niestety w ten sposób to wyglądało. W jego oczach pojawił się smutek, który skruszył mi serce. Jego milczenie i spojrzenie powiedziało mi wszystko.
I nagle zdałam sobie sprawę, że Myron znaczy dla mnie więcej, niż opinie burżuazyjnych pajaców i plotkarzy. Odkąd pamiętam, zawsze chciałam wieść życie zwykłego człowieka, z dala od ciągłej presji, etykiety i ciągłego posłuszeństwa.
To właśnie on pokazał mi to prawdziwe życie. Był dla mnie czymś więcej, niż tylko pierwszą miłością. Był moim słońcem, które świeciło jasno w pochmurne dni, oślepiając swoim blaskiem. Był wiatrem, który potrafił odegnać mgłę z kłamstw. Był moją chwilą słodkiego zapomnienia, zmysłową pieszczotą i wesołą pieśnią. Był moją perłą, którą ukryłam na dnie oceanu, którą nie mogłam i nie chciałam się z nikim dzielić.
Otworzył usta, żeby znowu coś powiedzieć, ale znowu zdążyłam mu w tym przeszkodzić. Sprzeczności we mnie zaczynały wrzeć, ale ku własnemu zdziwieniu z moich ust wydobył się całkiem spokojny głos.
- Myronie, nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało. Wystarczasz mi właśnie taki, jaki jesteś. Może i będą się z nas śmiać, ale to nieistotne. Mam w głowie ogromny mętlik, ale to, czego pragnę stoi z ogromną sprzecznością z tym, co powinnam zrobić. - dodałam i wtuliłam się w niego mocniej. - Chciałabym wiedzieć, co tak naprawdę jest słuszne.
Mój system wartości stanął na głowie i znacząco odbiegał od tego, czego mnie uczono.
- A ja tym bardziej nie wiem, co mam ci doradzić. - odparł. - Ale jeśli zdecydujesz się zostać, postaram się z tym pogodzić, chociaż nie wyobrażam sobie życia bez ciebie, Andreo.
Zadrżałam, kiedy wypowiedział moje imię z nutą gorzkiej namiętności. Znałam go zbyt dobrze i wiedziałam, że nie pogodziłby się z naszym rozstaniem. Nie był człowiekiem, który poddaje się bez walki.
Pomyślałam, że mogłabym go więcej nie spotkać. Nie moglibyśmy tak po prostu o sobie zapomnieć. Wspomnienia i sny doprowadziłyby mnie do obłędu.
Nie żałowałam ani chwili, którą z nim spędziłam. Mówił, że w moim życiu chodzi przede wszystkim o mnie. I być może popełniałam teraz największy błąd w moim życiu, ale wiedziałam, że było warto.
- Ja nie mogłabym się z tym pogodzić, kochany. Przyjdę do ciebie jutro, gotowa do drogi. Zawsze chciałam zobaczyć południe.
Potem pocałowałam go na pożegnanie i ruszyłam w swoją stronę. Nie mogłam doczekać się jutra.